Z Moniką Zamachowską - na operę do kina

fot. nadesłane
Z Moniką Zamachowską rozmawiałam o nowej formie prezentacji sztuki operowej. „Aria on Screen” to nowatorski projekt prezentacji opery w formie kinowej.
Paulina Karpińska: Aria on Screen to nieszablonowy pokaz ekranizacji czterech przedstawień operowych: „Rigoletto”, „Aida”, „Czarodziejski flet” i „Łucja z Lammermooru ”, wyświetlany w wybranych kinach Cinema City, w całej Polsce. Zdecydowała się Pani wziąć udział w tym intrygującym przedsięwzięciu i została jego ambasadorką. Co Panią przekonało do niego?

Monika Zamachowska: Zdecydowałam się wziąć udział w tym projekcie, bo kocham operę, ale jak większość z nas, nie do końca ją rozumiem. Ja jestem zresztą „od publicystyki kulturalnej”. To jest obecnie taka zapomniana dziedzina dziennikarstwa, którą zajmowałam się przez wiele lat mojej pracy w telewizji. Chodzi o to, żeby ułatwiać ludziom uczestnictwo w kulturze, żeby zdjąć pewne odium niedostępności, szczególnie z kultury wysokiej. To była zawsze moja misja w telewizji i tak mi zostało. Opera, jest formą która szczególnie mnie porusza i pasjonuje. To jest też podstawa naszego dziedzictwa kulturowego. To są przecież wieczne historie o miłości i władzy, o walce dobra ze złem, z których na co dzień korzysta kultura popularna. Myślę, że opowieści zamknięte w muzyce i librettach operowych trzeba znać, jeśli chce się po prostu świadomie korzystać z życia. Natomiast moim zadaniem jest sprawić, żebyśmy poznawali te historie z przyjemnością, a nawet z wypiekami na policzkach. Bo muzykę operową znamy tak naprawdę wszyscy, tylko rzadko zdajemy sobie sprawę skąd. My wciąż uważamy, że opera to jest to dziedzina sztuki, do której nie mamy wstępu. Boimy się, że nie mamy odpowiedniej edukacji muzycznej na przykład, a po bliższym poznaniu, okazuje się, że aria z Rigoletta, „La donna e mobile”, czy „Marsz triumfalny” z Aidy towarzyszą nam w życiu codziennym, w prozaicznych czynnościach. Okazuje się, że te światy współcześnie bardzo się przenikają.

Projekt Aria on Screen jest ciekawy również dlatego, że dzięki kamerze filmowej możemy wejść do środka tego fascynującego operowego świata. A ponieważ do kina, my Polacy, chodzimy bardzo chętnie, to wydaje się dobrym rozwiązaniem przedstawić taki, swego rodzaju, samouczek operowy, czyli operę w kinie.

P.K.: Moją pierwszą myślą, po usłyszeniu o tym projekcie, była obawa przed spłyceniem, nawet wręcz zubożeniem tej formy sztuki.

M.Z.: No właśnie – bo jaki obraz od razu widzimy w naszej głowie, kiedy pomyślimy o ekranizacji opery. Wyobrażamy sobie scenę, a na niej kilka malutkich figur, które śpiewają arie operowe, zwykle niezrozumiale, bo w nieznanym nam języku, ustawioną na widowni kamerę, która z daleka rejestruje to, co się dzieje na scenie i jeszcze do tego wszystkiego płaski dźwięk. A jest zupełnie odwrotnie. Jesteśmy wciągnięci w fascynujący świat, który dzięki polskim napisom, staje się całkowicie zrozumiały, a dzięki technice filmowej jest kolorowy i piękny.

P.K.: Co charakteryzuje te ekranizacje?

M.Z.: To nie jest pomysł jedyny na rynku, ale uważam, że jest wykonany mistrzowsko. Realizacja telewizyjna tych oper nie polega na tradycyjnym nagraniu widowiska z perspektywy oglądającego ją widza z widowni. Fantastyczne jest to, ze zostały precyzyjnie zmontowane ujęcia z bardzo wielu kamer, które dyskretnie zostały umieszczone w wielu miejscach, również na scenie, dzięki czemu naprawdę stajemy się częścią przedstawionego  świata. Stajemy się Gildą, Rigolettem, Księciem Mantui, czy kobietami które uwodzi. Słyszymy wszystko w dźwięku kinowym, który robi piorunujące wrażenie. Musimy pamiętać również o tym, że, czyli przedsięwzięcie zostało zrealizowane w sposób bardzo profesjonalny, czyli z postprodukcją dźwiękową. Przykładowo Rigoletto zostało wystawione w plenerze, na Jeziorze Bodeńskim i pomimo, że było wizualnie i dźwiękowo zrealizowane w sposób widowiskowy, to stworzenie z niego ekranizacji było osobną, trudną pracą. Choćby  dlatego, że Gilda śpiewa w balonie 20 m nad ziemią, a kilka postaci naprawdę ląduje w wodzie. Niektóre fragmenty dźwiękowe musiały zostać odtworzone w studio. Niebywale trudnym było wkomponowanie nagrania z zachowaniem naturalnych dźwięków z otoczenia, tak aby widz czuł ciągłość i zgodność dźwięku z obrazem, na przykład wiatr nad wodą targa sukienkę śpiewaczki i musimy ten wiatr słyszeć, ale też musimy słyszeć każde „piano” w śpiewanej arii. To są bardzo drogie realizacje i to widać. W związku z tym dostajemy crème de la crème: najlepszą możliwą formułę i ciarki na plecach.

P.K.: Co w takim razie wyróżnia ekranizację kinową od przedstawienia operowego na żywo?

M.Z.: Dzięki wersji kinowej mamy szansę zobaczyć, jakie emocje znajdują się na twarzach śpiewaków, jak oni się dotykają wzajemnie, ich gesty, ruchy, czyli to wszystko na co w teatrze operowym zwykle nie mamy szans. Po pierwsze odległość sceny zwykle jest znaczna, nasz punkt widzenia stały, orkiestra schowana pod sceną. Krótko mówiąc, jeśli kupiliśmy najdroższe bilety, to mamy szansę coś przeżyć. Niestety na końcu często nie bardzo wiemy, o co właściwie w tym spektaklu chodziło. Nawet jeśli jesteśmy ludźmi świadomymi i czytamy libretto przed pójściem do opery, choć jestem przekonana, że większość z nas tego nie robi, to i tak nie jesteśmy w stanie pamiętać kolejnych kwestii. Dlatego tak świetne jest to, że w tej wersji kinowej mamy polskie napisy z przetłumaczonym libretto, do tego świetnie zrobione, nawet dla starszych osób.

P.K.: W styczniu odbyła się premiera ekranizacji „Rigoletta”, do której muzykę skomponował Verdi. Jakie wrażenie wywarła na Pani ten pokaz?

M.Z.: Ja osobiście oglądając wersję kinową „Rigoletto” przeżyłam wręcz małe objawienie, bo nareszcie zrozumiałam pełną narrację i mogłam identyfikować się z pełnowymiarowymi postaciami. Zdecydowanie mocniej dotarł do mnie ponadczasowy geniusz tej opery. Okazało się, że to są bardzo skomplikowane psychologicznie postacie! To nie schematyczne marionetki, pt. on jest zły, a ona jest dobra. Następnie on ją zabija, ale ona umiera bardzo długo i jeszcze przed śmiercią mówi mu, co o nim myśli. Tymczasem postacie z oper, to są archetypy, które musimy znać, bo inaczej będziemy wyważali otwarte drzwi przez całe życie. A po co?

P.K.: Dlaczego wybór akurat tych oper? To przypadek, czy zamierzone działanie?

M.Z.: Myślę, że wybór nie jest przypadkowy. Wachlarz jest dość zróżnicowany, bo mamy wspomniane wyżej „Rigoletto” z muzyką Verdiego, z festiwalu w Bregencji. W lutym obejrzymy historię etiopskiej księżniczki uwięzionej w Egipcie, czyli „Aidę”, do której muzykę stworzył również Verdi, prosto z Festiwalu w Salzburgu, w jedyną w swoim rodzaju Anną Netrebko i w reżyserii Shirin Neshat, irańskiej artystki i feministki. W marcu zobaczymy zabawny i pełen wirtuozerii „Czarodziejski Flet”, z muzyką Mozarta. Będzie to również ekranizacja opery z Festiwalu w Salzburgu. W kwietniu czeka nas moja najulubieńsza opera wszechczasów: wprost z wiedeńskiej Opera House – tragedia „Łucji z Lammermooru”, która popada w obłęd przez waśnie i knowania swojego otoczenia. Muzykę do tej opery napisał Gaetano Donizetti.

Dzięki temu doborowi widz może doświadczyć bardzo różnych emocji i wrażeń, sprawdzić, jaki rodzaj opery interesuje go najbardziej, co wzbudza w nim największe emocje. Co ciekawe, obecnie w Polsce „Aida” wystawiana jest w Teatrze Muzycznym Roma jako musical. Muzykę do niego skomponował sam Elton John. I to jest zupełnie inna forma. Mamy więc szansę na porównanie – „Aida” w kinie, z najwybitniejszą śpiewaczką operową świata, czy musicalowa Aida w teatrze, również w języku polskim? Czy to nie super pomysł na dwa kulturalne wieczory?

P.K.: Opera i wysoka kultura nie jest w tym momencie mocno popularna w Polsce. Jakby Pani zachęciła do spotkania się z tą formą sztuki?

M.Z.: Wiele osób po prostu się boi. Obawia się, że się znudzi, że będzie się czuło źle, nie na miejscu. Albo, że pójdziemy i nic nie zrozumiemy. W życiu szukamy emocji, nie chcemy się nudzić. Szczególnie w czasie wolnym. Chcemy żeby nas coś poruszyło, wzruszyło, zaskoczyło, czy choćby przestraszyło. No więc to wszystko jest w operze. I to jest właśnie niesamowite. Na czym polega przekleństwo, a jednocześnie przyciągająca tajemnica wysokiej kultury? Na tym, że większość nas uważa, że to nie dla nas, bo to jest elitarne, snobistyczne. A z drugiej strony każdy chciałby uszczknąć kawałek. Mieć dostęp. Chociaż na chwilkę poczuć się przez osobą bardziej wykształconą, szlachetną. Dlatego moja robota jest taka ciekawa.

P.K.: Mamy teraz wyjątkową sytuację w której możemy uczestniczyć w niej, czując się zupełnie swobodnie.

M.Z.: Dokładnie tak. Nie musimy wychodzić ze swojej strefy komfortu. Możemy czuć się swobodnie, w miejscu, które znamy i do którego lubimy przychodzić, czyli w kinie. Nie musimy się ani wykosztować na bilety, ani kupić nowego garnituru czy garsonki. Nie musimy też robić dobrej miny do złej gry, udając, że cokolwiek czujemy i cokolwiek rozumiemy. Za 30 zł kupujemy bilet do kina, idziemy w jeansach i siedząc w bardzo wygodnym fotelu oglądamy coś, co jest światowym dziedzictwem kultury i co będzie z nami już zawsze. Bo opera ma ponad 400 lat i nie wygląda, żeby odchodziła w niepamięć. Cały czas odkrywane są nowe talenty i co najważniejsze - są na to pieniądze, bo są ludzie i instytucje, które wspierają kulturę wysoką.

P.K.: Możemy też spróbować poczuć czy to jest forma sztuki, która nas porusza, czy nie.

M.K.: Po tym jednym doświadczeniu będziemy w stanie powiedzieć - nie, to nie dla mnie, ale też możemy się zachwycić i chcieć ją poznawać dalej. Wspaniałym pomysłem będzie również zabrać na tę ekranizację narzeczonego, albo nawet babcię, mamę, ciocię, czy dzieciaki.

P.K.: Współczesna opera również bardzo się zmienia.

M.Z.: Tak. Opera zmienia się. Proszę zauważyć, że od lat są próby uwspółcześnienia opery podejmowane przez największych twórców operowych świata. Mariusz Treliński i Boris Kudlička od lat uwspółcześniają operę Polakom. Ubierają swoich twórców w suknie stworzone przez współczesnych projektantów, które są po prostu kawałkiem materiału, żadnych krynolin, żadnych pereł, nic takiego. Śpiewacy występują w golfie albo w marynarce. Tworzą również zupełnie nowe, minimalistyczne scenografie. To też jest taki sygnał „zobaczcie, to przemawia do nas również dzisiaj, to jest o dzisiejszym życiu i o dzisiejszych emocjach, a nie tylko o tych sprzed 200 lat.

Projekt Aria on Screen jest niejako kontynuacją tego uwspółcześniania opery. Teraz możemy wejść do środka tej opery i przekonać się, że to nie jest dla jakichś zupełnie oddalonych od normalnego życia elit – dla króla i królowej, jak to było w przeszłości, tylko stało się zdecydowanie bardziej dostępną formą sztuki, choć ciągle jest to sztuka wysoka.

P.K.: To taki dla Pani osobisty projekt. Bardzo się Pani w niego zaangażowała.

M.Z.: Ja jednak jestem z programu „Europa da się lubić”. Jest dla mnie ważne, żeby ludzie czuli się dobrze w naszym kraju. Z tego wyrosłam. To był mój największy telewizyjny sukces i mam takie poczucie, że częścią mojej misji jest to, żeby ludzie, którzy odwiedzają nasz kraj, zobaczyli, że mówimy po angielsku, że mamy świetne knajpy, że się dobrze i bezpiecznie jeździ na polskich drogach i, że… uczestniczymy w światowej kulturze.

Bardzo się cieszę, że Twoje Miasto, również zaangażowało się w tą inicjatywę i objęło nad nią patronat.

P.K.: Planowany jest dalszy ciąg projektu?

M.Z.: Na razie mamy cztery opery. Jest plan na kontynuację w nieco innej formie. Ale na razie skupiamy się na tych dziełach, które już na pewno do Polski przybędą. Liczę na moich rodaków i życzę im wspaniałych wrażeń!



Rozmawiała Paulina Karpińska
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
wielkopolskie
3076
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Czarnkowie